Tajemnica Szkoły Ateńskiej Rafaela
Od ponad pięciu stuleci Szkoła Ateńska uchodzi za jedno z najdoskonalszych dzieł renesansu, a historycy sztuki badają każdą twarz na fresku, próbując zidentyfikować jego bohaterów. Tymczasem to niewielki kałamarz, stojący niemal w centrum kompozycji, może być, zdaniem części badaczy, kluczem do zrozumienia całego przesłania arcydzieła.

Watykanska Sala della Segnatura od ponad pięciu stuleci przyciąga miliony zwiedzających. Znajdująca się w niej Szkoła Ateńska Rafaela uchodzi za jedno z najważniejszych dzieł renesansu, a historycy od pokoleń badają każdą twarz, aby zidentyfikować postaci zgromadzone w tej kompozycji. Istnieje jednak, znajdujący się niemal w centrum fresku przedmiot, który przez wieki umykał uwadze badaczy: prosty kałamarz stojący na krawędzi marmurowego bloku, tuż obok dłoni piszącego mężczyzny, jakby za chwilę miał spaść.
Zdaniem części historyków ów drobny element może być kluczem do zrozumienia całego przesłania arcydzieła. Aby docenić jego znaczenie, trzeba przypomnieć kontekst powstania fresku.
W 1509 roku Rafael miał zaledwie dwadzieścia sześć lat, gdy papież Juliusz II powierzył mu dekorację apartamentów w Pałacu Apostolskim. Było to najważniejsze zlecenie w jego dotychczasowej karierze, a presja ogromna: kilka kroków dalej Michał Anioł malował właśnie sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej.
Pierwszą salą, którą Rafael ozdobił, była Stanza della Segnatura, zwana Salą Podpisu. To tam podpisywano i pieczętowano najważniejsze dokumenty Kościoła. Sala ta pełniła też funkcję papieskiej biblioteki oraz siedziby najpotężniejszego trybunału katolicyzmu. Każdą ścianę artysta poświęcił jednemu z wielkich tematów biblioteki: teologii, poezji, prawu i filozofii.
Dla ściany filozofii stworzył scenę będącą wyobrażonym, ponadczasowym zgromadzeniem najważniejszych myślicieli tysiąclecia. Pośrodku kroczą Platon i Arystoteles, na pierwszym planie Pitagoras coś zapisuje, Euklides kreśli figury cyrklem, a Diogenes leży na schodach bez cienia troski. To niemożliwe spotkanie najjaśniejszych umysłów starożytności zostało namalowane z perfekcją, która uczyniła z tego fresku definitywny symbol renesansu.
Za tą doskonałością krył się jednak problem, który omal nie zrujnował całego przedsięwzięcia. Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej malował bohaterów biblijnych – postaci o jednoznacznych, rozpoznawalnych historiach, takich jak potop czy stworzenie Adama. Rafael musiał natomiast przedstawić filozofów. Ci z natury nie mają atrybutów wizualnych: nie czynią cudów, nie stoją za nimi bitwy ani słynne sceny. To mężczyźni w szatach i z brodami, którzy zajmują się myśleniem. Jak odróżnić Antystenesa od Ksenofonta czy Diogenesa od Sokratesa?
Jak zauważa historyk Kelly Grovier, problem stał się tym bardziej widoczny, im bardziej Rafael posuwał się w pracach przygotowawczych. Dzieło zamieniało się w tłum niejednoznacznych postaci unoszących się w morzu anonimowej myśli, który nie służyłby żadnemu celowi. Rafael podjął wówczas decyzję, którą można nazwać genialną: zamiast walczyć z tą niejasnością, uczynił z niej sam przekaz dzieła. Dowód tkwi w samych postaciach.
Spójrzmy na Platona w centrum fresku. Jego starcza twarz i broda nie są wymyślone. To portret Leonarda da Vinci, dokładnie taki, jaki znamy z jego słynnego autoportretu. Gest dłoni wskazującej ku niebu powtarza dokładnie ten, który Leonardo namalował w Ostatniej Wieczerzy. W jednej postaci Rafael zawarł więc trzy tożsamości: greckiego filozofa, geniusza renesansu i gest wskazujący na transcendencję.
Ten sam wzorzec powtarza się w całym fresku. Pitagoras piszący na pierwszym planie bywa identyfikowany jako podwójny portret świętego Mateusza z aniołem. Geometra z cyrklem to jednocześnie Archimedes i Euklides. Astronom trzymający sferę gwiazd łączy Strabona i Zoroastra w jednym wizerunku. Nic w tym obrazie nie ma jednej tożsamości – wszystko w nim płynie.
Skąd jednak wiemy, że było to zamierzone, a nie zwykłe przeoczenie? Tu właśnie wraca kałamarz. Aby go zrozumieć, trzeba najpierw przyjrzeć się postaci, do której należy. W centrum pierwszego planu, samotnie, oparty o marmurowy blok, siedzi zamyślony mężczyzna i pisze. Jego pióro zatrzymało się w połowie myśli, a wyraz twarzy bywa opisywany jako melancholijny, niemal przygnębiony.

Co ciekawe, postać ta nie pojawia się w szkicach przygotowawczych. Rafael dodał ją niemal na końcu prac. Historycy mają fascynującą teorię, która może to wyjaśniać.
Od stuleci figura ta uchodzi za hołd złożony Michałowi Aniołowi, ponieważ niewątpliwie nosi jego rysy. Uważa się, że Rafael, po tym jak potajemnie zobaczył postępy prac w Kaplicy Sykstyńskiej, był tak poruszony, że postanowił umieścić swojego wielkiego rywala na fresku. Ale to nie tylko Michał Anioł… to jednocześnie grecki filozof Heraklit. Ta podwójna tożsamość jest kluczowa.
Heraklit zasłynął z jednej idei, która należy do najsłynniejszych w całej filozofii starożytnej: nikt nie może wejść dwa razy do tej samej rzeki. Dla Heraklita wszystko płynie, wszystko się zmienia i nic nie pozostaje takie samo. Historia obeszła się z nim jednak okrutnie ironicznie: z jego pism nie zachowało się absolutnie nic. Dziś nie mamy ani jednego kompletnego dzieła Heraklita. Filozof, który twierdził, że nic nie trwa, stał się dowodem na własną teorię.

I tu kałamarz zaczyna nabierać sensu. Jeśli wrócimy do obrazu, znajdziemy ten drobny przedmiot obok ramienia Michała Anioła - chwiejący się na krawędzi marmurowego bloku, o krok od upadku i rozlania. Zdaniem historyków Rafael namalował dokładnie ten moment, w którym atrament Heraklita był jeszcze świeży. Innymi słowy: ułamek sekundy przed tym, zanim jego słowa przepadły na zawsze w czasie.
Symbol ten staje się jeszcze bardziej wymowny, gdy przypomnimy sobie miejsce, w którym powstał. Fresk znajduje się w Sali Podpisu. Nazwanej tak, ponieważ to tam papież podpisywał najważniejsze dekrety Kościoła. Miejsce, w którym atrament stawał się wiecznym i niepodważalnym dogmatem. A w centrum fresku, górującego nad tą salą, Rafael namalował kałamarz tuż przed upadkiem. Kałamarz filozofa, który twierdził, że nic nie trwa, a którego własne słowa zniknęły bez śladu.
Trudno wyobrazić sobie bardziej subwersywny przekaz w takim miejscu. Podczas gdy na dole podpisywano dokumenty przeznaczone na wieczność, u góry drobny przedmiot sugerował, że żaden atrament nie jest wieczny. Żadna tożsamość. I żadna władza.
W tym momencie wszystkie elementy układanki wskakują na swoje miejsce. Jeśli przypomnimy sobie płynne tożsamości – Platon jest także Leonardem, Pitagoras jest także świętym Mateuszem, geometra jest jednocześnie Archimedesem i Euklidesem - to bez kałamarza wszystkie te fuzje wydawałyby się zwykłymi pomyłkami, przeoczeniami malarza, który nie potrafił zdefiniować własnych postaci. Z kałamarzem Heraklita w centrum wszystko nabiera sensu. Tożsamości na tym fresku płyną, ponieważ taka jest właśnie teza dzieła. Rafael nie namalował katalogu filozofów, jak sądzono przez stulecia, lecz przedstawił filozofię Heraklita w działaniu: rzekę tożsamości, w której nikt nie jest jedną rzeczą, a wszystko miesza się i nieustannie przeobraża.
Niektórzy historycy uważają wręcz, że gdyby usunąć ten drobny przedmiot z fresku, całe dzieło rozpadłoby się w chaos zagmatwanych postaci - to kałamarz jest osią, która spaja cały system. Być może najbardziej wymowny jest jednak fakt, że postać Heraklita nie pojawia się w szkicach przygotowawczych. Rafael dodał ją na końcu, gdy fresk był już niemal ukończony. Chciałoby się wierzyć, że po namalowaniu całego tego wszechświata zmiennych tożsamości artysta postanowił pozostawić w dokładnym centrum kompozycji klucz do jego odczytania - w najsubtelniejszy możliwy sposób.
Natalia